Mamaleksja

Ig (mój syn) miał 8 lat, gdy pewna niezbyt miła pani, w niezbyt miłej poradni, do której zostaliśmy skierowani przez szkołę, określiła „ryzyko dysleksji”. W kilku żołnierskich słowach, bo na więcej nie miała czasu, albo jej się nie chciało wyjaśniła, że dysleksję można stwierdzić w starszym wieku. W tamtym czasie moje pojęcie o dysleksji było takie, że dzieci robią mnóstwo błędów ortograficznych, bez względu na znajomość reguł lub jej brak.

Nie dostałam żadnych wytycznych, żadnych rozwiązań, czy informacji, jak już na tym etapie wspomagać Ig. Nie jest orłem w szkole, ale życiowo sobie świetnie radzi. Od zawsze ma smykałkę do sportów i bezgranicznie angażuje się z rzeczy, które akurat go interesują – oczywiście te „pozaszkolne”. Zawsze bardzo empatyczny, stara się rozwiązywać konflikty w grupie, nigdy nie brał udziału w bójkach. No może zdarzyło mu się 2 razy, gdy został doprowadzony do ostateczności.

Tak nas zastała pandemia, godziny spędzane przed komputerem. Jego niechęć do nauki rosła, była zrozumiała, a wręcz wytłumaczalna. Gdy Ig wrócił do szkoły w 5 klasie, zetknęliśmy się z zawirowaniami w placówce. Zmiany wychowawców spowodowały zmiany zachowania dzieci w klasie, które albo się buntowały albo się bały, albo robiły sobie żarty. Szybko przyklejono do nich łatkę „najgorszej klasy” w szkole. Uwagi sypały się jedna za drugą, afera poganiała aferę. Nie było w tym wszystkim przestrzeni ani na naukę, ani tym bardziej na dostrzeżenie prawdziwego problemu, nie mówiąc już o znalezieniu jego źródła.

Godziny spędzane nad lekcjami, nad książkami, czytaniem, nad nauką i efekty niewielkie. Jak uczył się historii to z lasu zamiast partyzantów wychodzili protestanci, Warszawę do stolicy przeniósł Zygmunt Dzban, a jak był Potop Szwedzki to była obrona Łysej Góry (chwilę wcześniej lekturą był Kajko i Kokosz). Przy geografii zamieniał Mazury z Mazowszem, na biologii zamiast trzustki pojawiła się turzynka (?) Przykładów mogłabym wyliczać bez końca. Więc w końcu znalazłam inną poradnię, w końcu Ig jest już starszy, więc może teraz można coś orzec z pewnością, a nie określić „ryzyko wystąpienia”.

Po niezliczonych testach, rozmowach, kwestionariuszach wydano opinię: „uczeń ze specyficznym, mieszanym zaburzeniem rozwoju umiejętności szkolnych (dysleksja, dysortografia).

CHAOS

Mimo mojego zapału do organizowania czasu i przestrzeni, poczucia odpowiedzialności i obowiązku dryfujemy w oceanie chaosu. Ciągle brakuje nam czasu, ciągle czegoś szukamy i ciągle coś gubimy. Właściwie to Ig gubi. Gubi zeszyt idąc z pokoju do pokoju, bidon, bluzę, buty, książkę. A ja się gubię w łapaniu tych wszystkich sznurków i pociąganiu za nie, żeby coś zadziałało.

Zapominanie jest u nas codziennością. Znaczy ja pamiętam, Ig nie. Ja pamiętam, że Ig musi odrobić pracę domową, a on potem zapomina jej oddać. Pamiętam, że we wtorek ma mieć w szkole flet, on nie pamięta, że pakował go do plecaka.

I nie zauważa rzeczy. Po prostu ich nie widzi. Nie widzi np., że na klasówce między pytaniami 1 i 3 jest pytanie 2. Nie zauważa, ze przeczytał tylko pół polecenia, bo druga połowa jest na następnej stronie. Nie zauważa, że pod ilustracją w książce jest podpis albo odwrotnie.

I nie czyta szybko, często gubi się w tekście, albo czyta i nie wie o czym. W ogóle czytanie to najgorsza rzecz, jaką można robić. Najgorsza i najnudniejsza, i nie ma znaczenia, że zawsze od kiedy tylko pojawił się na świecie, czytałam mu, potem czytaliśmy razem. Spędziliśmy razem nie wiem ile „książkogodzin”. 

Zanim dostaliśmy opinię, intuicyjnie wiedziałam, że muszę mu pomagać. Nie po to, żeby miał w szkole celujące oceny, ale po to, żeby pomóc mu zapanować nad „dysleksjochaosem” – jak to potem nazwałam, który wydawał się wszędobylski. Po co? Po to, żeby nie czuł się gorzej od innych dzieci, którym pewne rzeczy przychodzą z łatwością, po to żeby zbudować jego wiarę w siebie i swoje możliwości, żeby pokazać mu, że nie ma rzeczy niemożliwych, potrzebne jest tylko odpowiednie podejście, przygotowanie, zaplanowanie, upór w dążeniu do celu.

Zewsząd pojawiały się też rady: powinien czytać na głos lub powinien czytać cicho; nie ma, że nie chce, jak nie chce to trzeba go jakoś zmusić, przecież to jego obowiązek, praktyka czyni mistrza, za mało czasu poświęca na to i tamto… A także – no już w tym wieku powinien to i tamto… (zrozumieć, przeczytać, zrobić, zachować się); powinna go pani zostawić z lekcjami samego lub on potrzebuje wsparcia w lekcjach. Itd. Itp…

A ja wiedziałam, ze te wszystkie rady możemy włożyć sobie miedzy strony książek, których Ig nigdy nie przeczytał… Czułam się zagubiona, przerażona, osamotniona w problemie. Dysleksja w mojej głowie malowała się jak jakaś koszmarna dysfunkcja, która uniemożliwi mojemu dziecku normalne i szczęśliwe życie. Przeszkoda nie do pokonania, która nie pozwoli mu ukończyć edukacji, a potem odnieść życiowego sukcesu – jaką miarą nie byłby on mierzony.

MAMALEKSJA

Zaczęłam szukać fachowej pomocy, informacji i wsparcia. Nie jestem psychologiem ani pedagogiem. Nikt mnie nie przygotował do największej roli mojego życia – bycia mamą. Zaczęłam szeroko zakrojone przeszukiwania internetu, szukałam informacji, które po pierwsze pogłębiłyby moją wiedzę na temat „problemu”, pozwoliły mi zrozumieć, co dokładnie dzieje się w głowie Ig, a na tym etapie również, a może przede wszystkim, dodałyby mi otuchy.

I tak powstała w mojej głowie myśl o stworzeniu Mamaleksji.